Ufoludki zza siedmiu mórz

Godzina 12.37 – zza okna słyszę brzęk naczyń, które moja pani fangdong (= osoba, u której wynajmuję pokój) właśnie zmywa po obiedzie. Wszyscy Chińczycy są już albo po obiedzie, albo właśnie go kończą, albo w ostateczności – jeszcze spożywają. A ja – waiguoren, człowiek „z zewnątrz”? No cóż, dziś zachowuję się jak prawdziwy ufoludek: wstałem o 11-ej i do obiadu mi jeszcze daleko. Przekąszam tymczasem suszone i przyprawione paski wołowiny, które właśnie kupiłem u mego pana fangdonga (oprócz wynajmowania pokojów, moi właściciele zajmują się również prowadzeniem niewielkiego sklepu spożywczego, a także niańczeniem pięciomiesięcznego wnuka). Takie suszone mięsko to rodzaj snaka, ale waigoren to waiguoren – nawet niejedzenie obiadu w porze obiadu nie może już zdziwić co bardziej obytych z przybyszami ze świata zewnętrznego Chińczyków.

Wszyscy wiedzą, że waiguoren to generalnie dziwne stworzenie. Nie dość, że ma długi nos, a często również wariackie upierzenie (żółte włosy!!! mater dolorosa!) i wyblakłe oczy (niebieskie!), to jeszcze zachowuje się zupełnie inaczej niż normalny człowiek. Pałeczkami posługuje się, jakby miał 2 latka i wyrodną matkę, która ma w nosie wychowanie potomka. Miażdżone kości wyławia z zupy i z oburzeniem odkłada na bok, zamiast wyssać z nich z lubością pożywny szpik. Na plaży rozbiera się prawie do naga i wyleguje w prażącym słońcu, zamiast pozostając kompletnie ubranym, moczyć tylko stopy w morzu. Kobieta-waiguoren nigdy nie nosi parasolki, kiedy słońce daje po garach – najwyraźniej musi być głupia, skoro ewidentnie nie dba o swoją skórę (przecież w ten sposób szybko stanie się brązowa! ohyda! no i skóra się szybciej starzeje!). O częstym zaniedbywaniu właściwej pory posiłków już wspomniałem: śniadanie ok 7-8 rano, obiad o 11.30-12.30, kolacja najpóźniej o 18. Można oczywiście coś przekąsić i o 23-24, ale normalna kolacja ma być o 18 i basta!

Po przyjeździe do Xiamen zatrzymałem się na parę dni u Elisy. Oboje szukaliśmy pokoju, a właściwie dwóch osobnych pokojów, gdyż nasz związek jest na tyle młody, że uważaliśmy, iż na zamieszkanie razem jest zdecydowanie za wcześnie. Szukaliśmy tu i tam, w tej wsi i w tamtej, obejrzeliśmy mnóstwo lokali i summa summarum… zakochaliśmy się w pewnym dwupokojowym mieszkaniu we wsi Zengcuoan (mówię tu o wioskach w sensie przenośnym; to po prostu dzielnice Xiamen, ale zabudowane w stylu niemiejskim – kilkupiętrowe domy jednorodzinne, zazwyczaj z pokojami pod wynajem – i z trzodą błąkającą się po uliczkach (parę krów i kóz, mnóstwo psów, kury, kaczki, gęsi, koty, myszy). Gdy tylko zobaczyliśmy to mieszkanko, wizja niewspólnego zamieszkiwania wzięła w łeb i z miejsca się wprowadziliśmy. Nasza pani fangdong – Xiao Li (czytaj „siao li”; proszę nie zważać na dominującą w polskich mediach – głównie sportowych – koncepcję, jakoby chińskie „x” należało wymawiać jako „ks”; na tej samej zasadzie Deng Xiaoping, polityk który wprowadził Chiny na tory ekonomii kapitalistycznej, rozwijającej się bujnie – znowu wbrew potocznym polskim wyobrażeniom – w Kraju Środka, to nie „deng ksiao ping”, a „deng siao ping”) – ochrzciła nas w nieświadomości swojej „mężem” i „żoną”, i tak już pozostało. To jest – tak już pozostało przez niecałe dwa tygodnie.

W trakcie owych dwóch tygodni nastąpił bowiem rozwód. Pierwotna intuicja okazała się jednak słuszna – wspólne zamieszkiwanie nie wyszło naszemu „małżeństwu” na zdrowie. Zaczęliśmy szukać dwóch NAPRAWDĘ osobnych pokojów, po czym zerwaliśmy ze sobą w polsko-włoskiej atmosferze wzajemnej sympatii, przyjaźni i zrozumienia.

Blog, na pisanie którego się porwałem, ma dotyczyć z grubsza rzecz biorąc mojego doświadczenia Chin, dlatego wątki romantyczne ograniczam do minimum (może kiedyś porwę się na stworzenie harlekina? heheh). Nie sposób jednak pominąć ich całkowicie, bo jednak składają się na owoż doświadczanie przeze mnie Kitaja.

Wprowadzając się do domu Xiao Li, zapowiedzieliśmy że będziemy tam mieszkać przez co najmniej rok akademicki. A teraz co? Jak tu wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji?? Zwłaszcza, że pokoje, do których chcieliśmy się przeprowadzić, są w tej samej wsi… a wieś to wieś, każdy wie wszystko o wszystkich! Nasz rozwód był kwestią nie do ukrycia.

Najlepsze rozwiązanie to proste rozwiązanie. Po co dodatkowo komplikować coś, co i tak już jest skomplikowane? Walnęliśmy więc prosto z mostu: Xiao Li, wyprowadzamy się. Fangdong zrobiła wielkie oczy: dlaczego?? Hm… chcemy zamieszkać osobno. Żeby jakoś pomóc Xiao Li ogarnąć sytuację, wyjaśniłem, że Elisa nie jest moją żoną, a dziewczyną i że mamy odmienne obyczaje codzienne – ona kładzie się spać, kiedy ja jestem w rozkwicie jawy i vice versa (co jest niezupełnie zgodne z prawdą, ale…). Xiao Li tarzając się ze śmiechu, pokiwała głową ze zrozumieniem w oczach: wy, obcokrajowcy, jesteście tacy dziwni… zupełnie odmienni niż my. Mnie samemu wydaje się, że sytuacja zostałaby uznana za dziwną na całym świecie, nie tylko w Chinach… ale zatrzymałem tę opinię dla siebie. Czasem jednak warto być waiguorenem: szufladka, pozwalająca łatwo zrozumieć niełatwe sprawy. Następnego ranka przez otwarte okno mego pokoju dobiegł mnie głos Xiao Li: opowiadała sąsiadce o swych dziwacznych lokatorach, znajdując w tym wyraźną radość. Ho, ho, więc stajemy się sławni w Zengcuoan! Potem słyszałem naszą historię jeszcze kilka razy – Xiao Li raczyła nią najwyraźniej każdego, kto się nawinął… Sądzę, że przejdziemy do annałów rodzinnych naszej fangdong i jestem pewien, że baśń o cudakach zza siedmiu gór i siedmiu mórz będzie przekazywana z pokolenia na pokolenie… na wieki wieków, amen.

Status dziwaków-waiguorenów nie uchronił nas jednak przed skutkami finansowymi naszej decyzji: Xiao Li nie zgodziła się zwrócić nam nieprzemieszkanych pieniędzy (na szczęście zapłaciliśmy tylko za jeden miesiąc i nie daliśmy depozytu). Elisa wyprowadziła się pierwsza, a ja zażywałem sobie luksusów mego dwupokojowego pałacu prawie do końca miesiąca. Ach, to były piękne dni… Mogłem spacerować po mieszkaniu, przysiadać a to na sofie w salonie, a to na plastikowym krzesełku w sypialni, wyciągać się na wielkiej leżance, serfować po internecie przy jednym biurku, a uczyć się przy drugim… Łezka w oku mi się kręci.

Pokój, w którym mieszkam obecnie, nie jest zły. Tylko że mały! Chodzić mogę po ścianach, bo podłogi na ten cel brakuje. Mam sympatyczną łazienkę z widokiem na gęsi. Okno mego pokoju wychodzi na wewnętrzne podwórko i ciągle mam wrażenie, że nie jestem tak zupełnie sam… oj, to zachodnie skrzywienie na punkcie prywatności! Niby nikt mi tu specjalnie nie zagląda, ale i tak noszę się z zamiarem wymiany plakatów zaklejających szyby w oknie na zasłonkę. Jeśli chcę poczuć, że jestem sam, muszę zamknąć okno (błogosławione plakaty), ale w ten sposób odcinam sobie dostęp powietrza i od razu zaczynam się nieznośnie pocić (koniec października w Xiamen – 35 stopni w dzień). Tak, zasłonka uratuje mi życie, a przynajmniej przywróci równowagę mojej zachodniej psychice.

Zanim się wprowadziłem, postanowiłem pomalować pokój. Moja nowa fangdong, Xincai Ayi, była zdziwiona pomysłem: przecież ściany są czyste! Owszem – zgodziłem się z nią bez wahania – ale i tak wolałbym zmienić kolor tych żółtych plam nad łóżkiem i ciemnoszarych plam w kątach pokoju na biały! Dodałem, że pomaluję sam, bo lubię malować. Fangdongowie przełknęli moją decyzję (waiguoren!) i zaproponowali, że kupią mi ekologiczną farbę i pędzel. Zapłacę za tyle farby, ile zużyję, pożyczą mi drabinę, a pędzel po użyciu przejdzie na ich własność.
I tak się stało. Pan fangdong postanowił mi jednak nieco pomóc w malowaniu. Rozcieńczył farbę kapką wody, umoczył pędzel i zamaszyście pomachał nim po ścianie. Farba maźnęła pierwszy punkt styku pędzla ze ścianą i powiedziała „dość” – reszta zamaszystego ruchu okazała się bezproduktywna, gdyż farba była po prostu za gęsta. Zasugerowałem dodanie większej ilości wody. Pan odmówił. Widocznie masowanie ścian suchym pędzlem jest lepsze niż babranie ich farbą? Jednak obstawałem przy swoim – wody! więcej wody! Teraz już oboje fangdongowie – mąż i żona – nie mogli się nadziwić mojej głupocie i totalnemu brakowi doświadczenia malarskiego. Pan pomasował metr kwadratowy ściany, pani – kolejne pół metra kwadratowego i nareszcie sobie poszli. Dolałem wody. Pomalowałem pokój. Następnego dnia Xincai Ayi przyszła obejrzeć rezultaty. Zaniemówiła na chwilę. Biel ścian była porażająca. No to widzę, że z pana fachowiec! – powiedziała wreszcie. Ach, ach, dziękuję, ale nie przesadzajmy… – odparłem, skromnie spuszczając wzrok. (Muszę na marginesie dodać, że rezultaty moich działań malarskich wcale nie są powalające – na ten przykład nawet mi przez myśl nie przeszło, by zawracać sobie głowę gipsowaniem rys; białe? białe! to i wystarczy!).
Po dwóch tygodniach od początków rozpadu pożycia pozamałżeńskiego i trzech dniach od ostatecznego rozstania, między Elisą i mną wszystko wróciło do rajskiego stanu sprzed kryzysu. Tak więc znowu jesteśmy parą i żyjemy sobie długo i szczęśliwie, aczkolwiek w dwóch osobnych mieszkaniach. Tak jest lepiej. Wreszcie możemy do siebie tęsknić i umawiać się na romantyczne randki przy księżycu.

Pół do czwartej – moi sąsiedzi są już po obowiązkowej poobiedniej drzemce. Ten akurat zwyczaj i ja od pewnego czasu namiętnie kultywuję. Koło południa upał jest nieznośny, senność zwala człowieka z nóg, a poza tym doszedłem do wniosku, że nasz staropolski obyczaj „wiązania sadła” po posiłku ma dużo sensu. Człowiek czuje się ociężały, potrzebuje energii na strawienie posiłku, więc po co dodatkowo się z niej okradać, lecąc od razu do jakichś tam obowiązków? Godzinka drzemki i znowu czujesz się świeży jak skowronek o poranku. Uważam, że właściciele firm w Polsce powinni się nad tym poważnie zastanowić: wolą przy warsztacie (biurku, młotku, gdziekolwiek) ociężałego pracownika, który i tak jest totalnie nieefektywny, czy rześkiego i pełnego energii – po dobrze „zagospodarowanym” lanczu (w Polsce się chyba teraz lancze jada około połowy dnia?). Postuluję wprowadzenie w Polsce przerw na drzemkę polanczową! Zupełnie serio.*

W kolejnej notce napiszę o swoim nowym zawodzie i o tym, jak wbrew swej woli inkulturowałem chińską młódź wrażą amerykańszczyzną. A tymczasem idę się rozciągnąć na leżance…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *