Pojutrze ruszam do Chin

Pojutrze ruszam do Chin. Prawie wszystko zapięte na ostatni guzik – zaproszenie z uczelni jest, wiza w paszporcie jest, badania lekarskie porobione (nie bez przebojów, gdyż formularz zaświadczenia jest po angielsku – oraz po chińsku, ale ten szczegół można ze zrozumiałych względów pominąć – a „moja” polska przychodnia rejonowa nie dysponuje medykami znającymi ten język), ciuchy, które ze sobą zabieram, właśnie skończyły się prać i wiszą już sobie grzecznie na sznurkach suszarki, mamona minutę przed zamknięciem kantoru wymieniona na dolary (o finansach – podejrzewam – będzie w tym dzienniku więcej, bo światowy kryzys ekonomiczny dotknął i mnie osobiście, i nie był to dotyk zbyt czuły!), miejmy nadzieję, że nie fałszywe, głowa na zapas nabita – zachłannie pożeraną przez ostatni miesiąc – literaturą piękną polską (by na obczyźnie nie zapomnieć zbyt szybko ojczystego języka w gębie), wódka miodówka dla fangdongów, tj. państwa, u których w zeszłym roku wynajmowałem pokój, kupiona. O czymś zapomniałem? Nie szkodzi, kiedyś na pewno sobie przypomnę, choćby nawet i po powrocie na ojczyzny łono w lipcu przyszłego roku.

Co mi strzeliło do głowy z tymi Chinami? Trudno powiedzieć, co strzeliło, ale utkwiło tam mocno. A kiedy strzeliło? Gdy jakieś sto lat temu, w czasach podstawówki, obejrzałem „Klasztor Shaolin”. Najpierw przez całe wieki nie mogłem pozbyć się kręćka na punkcie kung fu, a potem kręciek ekspandował i przeobraził się w kręćka ogólnochińskiego. Wszystko, co chińskie, stało się święte, piękne i godne pożądania. A warto wspomnieć, że było to jeszcze zanim na świecie pojawiła się tania chińska elektronika i chińska cudowna przyszłość gospodarcza. Kręciek ten był – w ówczesnych realiach – całkowicie niepraktyczny i zmuszał moje otoczenie do częstego wzruszania ramionami (nigdy nie udało mi się na tyle szybko odwrócić, by dostrzec, czy otoczenie nie stuka się aby w czoło, gdy odwracam się plecami i nie patrzę, ale niewykluczone, że to właśnie robiło). Pielęgnowałem kręćka w miarę możności, a to w sekcji ving tsun kung fu, a to na studiach religioznawczych (tak, tak, poświęciłem mu magisterkę), a to robiąc wszystko, by w końcu pojechać do Kraju Środka i wreszcie DOTKNĄĆ temi własnemi palcami.

Po raz pierwszy dotknąłem pięć lat temu. Dostałem roczne stypendium na naukę języka. Pojechałem do Nankinu. To temat na osobny dziennik, jednak niestety takowego wówczas nie prowadziłem i zachowały mi się z tego czasu jedynie nieliczne mejle, pisane w dzikim amoku do znajomych, przyjaciół i krewnych. Pewnie je kiedyś odnajdę i dołączę do niniejszego dziennika.

Po raz drugi dotknąłem w lutym tego roku, gdy – uprzednio zapracowawszy na Zachodzie w pocie czoła i bólu kelnerskich stóp – opłaciłem półroczną naukę na siameńskim uniwersytecie. To też temat na osobny dziennik, ale w tym przypadku nawet mejli nie pisywałem, pochłonięty chłonięciem Chin, więc nie mam innego wyjścia, jak tylko kiedyś przymierzyć się do odtworzenia przebiegu wydarzeń i wrażeń na podstawie zapisów w ulotnej pamięci. Z Xiamenu zostało mi za to więcej zdjęć niż z Nankinu – dołączę je do bieżących zapisków. A co najważniejsze – zostały mi stamtąd nie tylko wspomnienia i zdjęcia, ale także – przede wszystkim! – niewiasta. Przed wyjazdem znajomi mnie przestrzegali: tylko się nie zakochaj w jakiejś Chince, bo zostaniesz tam na zawsze. Usłuchałem przestróg: zakochałem się w studiującej w Xiamenie Włoszce. I zostaję w Chinach – aczkolwiek pewnie nie na zawsze. Na razie na rok, potem – zobaczymy.

PS. (10.01.2010) Trochę tu nakłamałem. Prowadziłem przez chwilę innego bloga, gdzie jest trochę zapisków i z Nankinu, i z zeszłego semestru w Xiamenie. Oto link dla zainteresowanych: Nankin 2004/05, Xiamen wiosna 2009.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *