Jak się nauczyć języka obcego?

Płynnie mówię – prócz polskiego, rzecz jasna – po angielsku (z lekkim akcentem), rosyjsku (z akcentem przypominającym jednemu z moich rosyjskich znajomych surżyk, czyli jedną z odmian rosyjskiego używanego na Ukrainie (??)) i po mandaryńsku (tak, że rozmawiając przez telefon z obcą osobą jestem brany za Chińczyka).

Jak się uczyłem tych trzech języków obcych?

Angielski – od przedszkola. Więcej czytania niż słuchania przez pierwszych kilkanaście lat obcowania z językiem. Mój akcent znacznie się poprawił, gdy zacząłem używać angielskiego jako medium komunikacyjnego, gdy przestał być on „przedmiotem” do nauczenia się. Innymi słowy – gdy zacząłem go używać, a nie „uczyć się”.

Rosyjski – od 5-ej klasy szkoły podstawowej do końca liceum. Więcej czytania niż słuchania w trakcie nauki. Potem była wieloletnia przerwa. Nie wyniosłem z tej szkolnej nauki zbyt wiele. Przełom nastąpił, gdy w 2005 roku – mieszkając i pracując w Wielkiej Brytanii zresztą – postanowiłem go sobie odświeżyć i znalazłem wieloodcinkowy serial „Кадетство”.

Chłopaki i dziewczyny z serialu „Кадетство” to moi prawdziwi nauczyciele rosyjskiego. Dziękuję Wam, choć i tak się o tym nie dowiecie! 😀

Potem pojawili się rosyjskojęzyczni znajomi (z którymi mogłem się wreszcie odważyć mówić po rosyjsku) i oczywiście wiele innych filmów, seriali, audiobooków i e-booków.

Chiński – tu sytuacja może się wydawać bardziej oczywista: „no przecież mieszkasz w Chinach!”. Owszem, mieszkam w Chinach. Uczyłem się chińskiego na chińskich uczelniach, a przez pierwszych kilka lat pobytu tutaj – przyznam się – unikałem nadmiernych kontaktów z nie-Chińczykami, bo nie chciałem tracić czasu na angielski (którym posługiwałem się już dawno płynnie).

Dobrych parę lat uczyłem angielskiego. Byłem nauczycielem.

I powiem wprost:

Nauczyciel języka obcego powinien tylko i wyłącznie:

1. uczyć JAK SIĘ UCZYĆ języka – jeśli student jest jednojęzyczny i brak mu doświadczenia odnośnie procesu uczenia się języków,

2. być partnerem do rozmowy; tak jak bokser potrzebuje sparring-partnera, tak potrzebuje go i student języka.

Koncepcja nauczyciela jako źródła wiedzy („wie jak po angielsku powiedzieć to czy tamto i kiedy dodajemy końcówkę -s, a kiedy -ed i tę właśnie wiedzę powinien przekazywać i tłumaczyć studentom”) jest kompletnie anachroniczna.

Kiedy nie było internetu, swobody przemieszczania się, mediów do zapisu dźwięku (płyty, kasety), a nierzadko też dostatecznej ilości książek, ta koncepcja miała sens.

Od co najmniej połowy lat 90-ych dwudziestego wieku (internet) – jest absolutnie przestarzała i dziwię się, że nadal pokutuje.

Poboczną kwestią – ale również bardzo ważną – jest ciągle jeszcze prześwitujący w mentalności wielu studentów oraz nauczycieli prymat słowa pisanego nad słowem mówionym, podręcznika nad nagraniem dźwiękowym (żywa mowa jest doceniana, na szczęście). Zamiast domyślać się / odcyfrowywać zapisy transkrypcyjne danego języka, „tłumaczyć” z literek na dźwięki, dużo sensowniej jest słyszeć i papugować. Tak przecież uczą się ojczystego języka dzieci, i uczą się nad wyraz skutecznie!

Wracając do kwestii: język jako medium komunikacji versus język jako przedmiot do nauczenia się, pojawia się temat MOTYWACJI.

Czytałem o zafascynowanym japońskimi sztukami walki Amerykaninie, który nauczył się japońskiego nie chodząc na żadne kursy językowe, a po prostu studiując japoński podręcznik do ulubionego stylu walki, a potem jadąc do Japonii i uczęszczając na codzienne treningi – w pełni po japońsku. Nauka kontekstualna na bazie tego, czym był zafascynowany: karate czy jiujitsu, nie pamiętam już. On się japońskiego nie „uczył”, on z niego korzystał, by nauczyć się sztuki walki. I w ten sposób się go nauczył. „Przy okazji”.

Jeśli temat jest dla nas fascynujący (sztuki walki dla Amerykanina z powyższego przykładu, rosyjski serial dla mnie), nie damy się przestraszyć faktem, że na początku nie rozumiemy nic: każde nowe zrozumiane / domyślane / odgadnięte słowo będzie nas cieszyć i dodawać skrzydeł.

Przecież czytając kryminał, nie musimy od samego początku wiedzieć „kto zabił”, wręcz przeciwnie – gdybyśmy wiedzieli, byłoby nudno; czytamy z zacięciem do końca, bo do końca mamy luki w wiedzy i do końca staramy się je zapełnić, wydedukować, domyślić się.

Tak samo z książką / serialem / audiobookiem w języku obcym. Zapomnijmy o stresie, że „nie rozumiem”, zapomnijmy o karzącym wzroku „pani od francuskiego” i o grożącej nam jedynce na teście.

Wielu rzeczy można się przecież domyśleć z kontekstu. Jeśli język, za który się dopiero zabieramy, jest zupełnie niepodobny do języka / języków, które znamy – inna grupa językowa, mało słów „międzynarodowych” (jak „internet”, „film”, itd.) – kontekstu w słowie mówionym / pisanym nie znajdziemy zbyt wiele. Dlatego zostaje najbardziej naturalny kontekst – sytuacyjny. A w książce go nie ma (chyba że książka ma obrazki), w audiobooku też go nie ma. Na wyjazd nie każdy może sobie z różnych względów pozwolić. Nie w każdej wsi są obcokrajowcy. Co pozostaje?

Seriale!

W internecie można znaleźć całkiem sporo legalnych seriali w różnych językach. Do tłumacza google (bing, baidu, yandex, itd.) wpisujemy „serial telewizyjny online” / „tv-series online” itp., tłumaczymy na pożądany przez nas język, przetłumaczoną frazę wklepujemy w wyszukiwarkę i… voila! Jeśli dany język jest w miarę rozpowszechniony w internecie, niewątpliwie znajdziemy serial, który nas wciągnie, zafascynuje i… przy okazji nauczy języka! Zamiast zmuszać się do „codziennych 15-30-60 minut” wkuwania słówek i czytania o „Janku, który wstał rano o 7, wziął prysznic i zjadł śniadanie” (ach, ta niemożebnie pasjonująca tematyka wielu podręcznikowych czytanek dla początkujących!), nie będziemy mogli oderwać się od przygód naszych serialowych bohaterów i jedyne, do czego będziemy musieli się zmuszać, to do wyłączenia wreszcie kompa po zarwanej nocy i jednak pójścia do szkoły / do pracy / na randkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *