Doktorat Adama

Pisałem w poprzednim poście o swoim fejsbukowym eksperymencie społecznym.

Wiem, powiecie że to perfidne z mojej strony…

Doktoratu nie mam. Jestem skromnym magistrem. Jestem jednak mikro-celebrytą w „moim” chińskim mieście: trzy razy pisano o mnie w tutejszym „Przeglądzie Ekonomicznym”. I zdarzyło się raz, że dziennikarz się pomylił, przesłyszał, połknął parę literek przy pisaniu, w każdym razie zamiast napisać – jak mu powiedziałem – że „chciałbym zrobić o Chinach doktorat”, napisał że… mam zrobiony doktorat. Po przeczytaniu tego już w druku – bo wywiadu do autoryzacji nie dostałem – zalała mnie fala uczuć mieszanych: dumy niewątpliwej z nieświadomie napisanego i obronionego doktoratu, ale i zażenowanie potworne, bo to przecież brednia! Zażenowanie przekułem jednak w śmiech do łez, po czym…

Jako że akurat byłem w trakcie prywatnej kampanii namawiania fejsbukowych przyjaciół do założenia konta np. na wechacie, wrzuciłem artykuł i jego sprostowanie na wechata, a na fejsa – jakimś cudem się udało – status: „Wreszcie mam ten doktorat! LOL”.

Było to w zeszłym roku jakoś. Rezultaty? (Podobno, jak donoszą ci przyjaciele, którzy rozmawiają ze mną POZA fejsem) mnóstwo gratulacji na fejsie i… 95% moich fejsbukowych przyjaciół do tej pory sądzi, że mam doktorat.

Wredny jestem, co??? Takie są uroki jednostronnej „komunikacji”… Mam nadzieję, że mi jakoś wybaczycie ten niewinny żart? 😛

 

2 myśli nt. „Doktorat Adama

  1. Krystyna Lehner

    Adamie , czy to takie istotne jak tytul posiadasz ? Dla mnie jestes i tak BARDZO MADRYM CZLOWIEKIM bez wzgledu jakie literki przed twoim nazwiskiem stoja.Dla mnie jestes po prostu Adam-Chinczyk.Pozdrawiam serdecznie Krystyna Lehner

    Odpowiedz
    1. rokwchinach Autor wpisu

      Hej Krysiu! Dziekuje za mile slowa 🙂
      Co do literek i innych tam tytulow, nie – nie o to mi chodzilo. Doktorat jako pojecie-haslo oznaczajace sposobnosc pracy badawczej, owszem, bardzo chce. Jako tytul, nie dbam o niego zupelnie.
      Mialem na mysli co innego – nasze ludzkie lenistwo komunikacyjne, inercje jakas taka. Jesli ktos znika z wszechwladnego fejsbuka, to de facto znika sposrod zywych. Oczywiscie fejbuk to tylko przyklad, zniknij z Naszej klasy, czy tu w Chinach z Wechata, i najpewniej tez umrzesz spolecznie dla znacznego grona znajomych. Nie chodzi o mnie juz nawet, nie chodzi o te czy inna platforme, chodzi chyba o wersje „co z oczu, to i z serca (lub pamieci)”. C’est la vie.

      Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *